O ustawie deweloperskiej słów kilka…

Wiele pojawiło się ostatnio w mediach komentarzy na temat wchodzącej za 3 miesiące ustawy tzw. deweloperskiej. Informacje zawarte w tych artykułach są pobieżne i nie zawsze prawdziwe. Warto więc przekazać kilka uwag o najistotniejszych uregulowaniach i ich skutkach.

Dobrze, że umowa deweloperska została w końcu umową nazwaną, a jej podstawowe ustalenia określone przez ustawę. Wiele z regulacji wprowadzonych tą ustawą jest pożądanych i sprawdzą się w praktyce.

Moment wejścia ustawy w życie jest najgorszy z możliwych. Gdyby przyjęte w niej rozwiązania wprowadzić w życie kilka lat temu, nie zagroziłyby stabilności rynku mieszkaniowego. Teraz, w okresie dużej niepewności wprowadzanie nowych restrykcji, w dodatku trudnych niekiedy do interpretacji i niejednoznacznych może znacznie zwiększyć i tak dużą niepewność.

Z całą stanowczością muszę zaprzeczyć często pojawiającym się insynuacjom, jakoby deweloperzy reprezentowani przez PZFD sprzeciwiali się ustawowej regulacji działalności deweloperskiej i taką regulację blokowali. Już ponad sześć lat temu włączyliśmy się w prace ówczesnego Ministerstwa Budownictwa, które miały wypracować projekt stosownej ustawy. Zabiegaliśmy również w Ministerstwie Infrastruktury o dokończenie tych prac. Naszą troską było jedynie to, by przepisy chroniące nabywców mieszkań były jasne, nie kontrowersyjne i zawierały różne rozwiązania, pozwalające na wybór zarówno deweloperom jak i nabywcom mieszkań. Niestety, dopiero potrzeba przedwyborczej kampanii zmobilizowała władze do uchwalenia prawa przygotowanego naprędce, bez konsultacji z zainteresowanymi środowiskami (ale to już jak ostatnio widzimy standard) i procedowanego z naruszeniem podstaw przyzwoitej legislacji. Skutkiem wcześniejszego zaniechania i gorączkowego procedowania ustawy jest prawo bardzo niedoskonałe, w wielu miejscach niejasne i niejednoznaczne, a jego skutki mogą okazać się przeciwne do założonych.

Temat jest bardzo szeroki i aby nie traktować go pobieżnie, chcąc przybliżyć Czytelnikom wszelkie jego aspekty, poświęcę mu kilka najbliższych wpisów.

Dziś o skutkach obowiązku prowadzenia mieszkaniowego rachunku powierniczego.

Najdonioślejszym w skutki rozwiązaniem przyjętym w ustawie jest uzależnienie możliwości prowadzenia działalności deweloperskiej od zgody banku na prowadzenie specjalnego rodzaju rachunku – mieszkaniowego rachunku powierniczego. Jest to rozwiązanie niespotykane nigdzie indziej. Nawet gwarancja bankowa czy ubezpieczeniowa zwrotu wpłaconych zaliczek nie uwalnia od konieczności prowadzenia rachunku powierniczego. W praktyce oznacza to koncesjonowanie działalności deweloperskiej przez banki. Po analizie zapisów ustawy narzucającej na banki nowe obowiązki a jednocześnie w wielu punktach niejasnej, banki już zapowiedziały, że nie każdemu dziś działającemu deweloperowi, choćby miał wieloletnie doświadczenie, otworzą rachunek powierniczy czyli pozwolą na kontynuowanie działalności. Tym bardziej nowym firmom, chcącym wejść na rynek mieszkaniowy będzie trudno uzyskać zgodę banku na rozpoczęcie tej działalności.

W innych krajach europejskich dopuszczalne są alternatywne sposoby zabezpieczenia wpłat zaliczek na poczet kupna mieszkania w budowie. Może to być częściowe, sukcesywne przewłaszczanie nieruchomości w czasie budowy, może być powierzenie kontroli nie tylko bankom lecz również specjalistycznym firmom, prawnikom czy notariuszom lub dopuszczenie ubezpieczenia zaliczek jako samodzielnego instrumentu bezpieczeństwa. Polski model koncesjonowania działalności deweloperskiej przez banki jest kuriozalny i w konsekwencji ugodzi również w tych, których miał chronić. Ograniczenie liczby podmiotów działających na rynku mieszkaniowym doprowadzi do ograniczenia konkurencji ze wszystkimi negatywnymi tego skutkami. Koszty rachunków będą też znaczne nie tylko z powodu trudności w wycenie ryzyka banku, lecz również ze względu na zmonopolizowanie koncesjonowania deweloperów przez jedną grupę podmiotów prywatnych.

Firmy, które nie uzyskają zgody banku na dalsze prowadzenie działalności, ale również ich dotychczasowi klienci, mogą mieć kłopoty związane z niemożnością zrealizowania nowych przedsięwzięć. Nie jest to ciekawa perspektywa, zwłaszcza na trudnym obecnie rynku.

Słychać niekiedy pogląd, że firmy, które nie uzyskają koncesji od banku lepiej żeby w ogóle nie znalazły się na rynku. Tylko że, mimo rynku trudnego dla producentów, nic złego z firmami deweloperskimi się nie działo. Wbrew czarnym scenariuszom deweloperzy nie padają, mieszkania budują, sprzedają i planują dalsze inwestycje. Rynek nie potwierdza tezy o znaczącej liczbie firm zagrażającej zaufaniu do branży. Oczywiście są przykłady nierzetelnych umów, niedotrzymywania terminów i niepełnej informacji. Te aspekty działalności należało uregulować już dawno i dobrze się stało, że ustawa reguluje obowiązki informacyjne i treść umowy deweloperskiej, choć w wielu miejscach niejasno i nie w pełni. Ale czym innym jest regulacja uzależniająca możliwość prowadzenia działalności gospodarczej od zgody innego podmiotu gospodarczego. I w tym główny problem.

W następnym odcinku omówię zasady prowadzenia rachunków, ich zalety, wątpliwości związane z przyjętymi zapisami i możliwe zagrożenia.

Ku pokrzepieniu serc na Nowy Rok

Zwyczaj (i dziennikarze) wymaga, by na początku roku powróżyć o nadchodzących 12 miesiącach. Co to będzie, jak to będzie i dlaczego akurat tak? Więc i ja rozkładam karty, czyszczę kulę, zaglądam do filiżanki po kawie i oto widzę:

Rząd i parlament, zmobilizowani utrzymaniem przez Polskę 164 miejsca w rankingu Banku Światowego i świadomi roli budownictwa w gospodarce, szybko i radykalnie uproszczą wszelkie procedury do niezbędnego minimum, wprowadzą kompleksowe, nowoczesne rozwiązanie pod nazwą Kodeks budowlany i już pod koniec roku przygotowanie budowy nie zajmie więcej jak dwa, no góra 3 miesiące.

Rozpędzona machina reformatorska nie poprzestanie oczywiście tylko na tym. Dostrzegając pilną potrzebę odblokowania prywatnego budownictwa czynszowego nowe prawo, uwalniając właścicieli mieszkań od obowiązku utrzymywania nierzetelnych lokatorów pozwoli prywatnemu kapitałowi szerokim strumieniem wpłynąć na budowy. Powstaną tysiące mieszkań, w których za umiarkowany czynsz zamieszkają rodziny, których nie stać, lub które nie chcą kupować mieszkania na własność.

Władze miast, zorientowawszy się, że zaniedbanie podstawowego obowiązku wobec wyborów jest nie fair, tknięte wyrzutem sumienia uchwalą plany miejscowe dla wszystkich terenów, gdzie możliwy jest rozwój budownictwa i infrastruktury, a mieszkańcy, doceniając ten trud, nie będą uprzykrzać życia swoim sąsiadom ciągłymi protestami.

Banki, dostrzegając wyjątkową w skali Europy możliwość bezpiecznego zarobku na kredytach mieszkaniowych, otworzą swe skarbce na oścież dla obywateli jedynego w Europie kraju o stabilnym rozwoju gospodarczym, skutecznie podtrzymywanym przez deweloperów i budowlańców.

Będzie dobrze, coraz lepiej.

Są wprawdzie malkontenci, którzy przebąkują, że nie wszystko to się wydarzy, że może trochę później, że może nie do końca tak, ale to bardzo rzadkie głosy. Spotkałem nawet kogoś kto, nie uwierzycie, twierdzi, że nic z tego nie będzie. Ale ja, jako optymista z natury, jestem przekonany, ze nadszedł dobry czas. Bo jeśli nie teraz, to kiedy, jeśli nie ten rząd, to który? I tego przekonania będę się trzymał. Jak pijany płotu.

Ceny mieszkań w 2012 roku

Artykuł redaktora Marka Wielgo ze środowej Gazety Wyborczej wywołał pewne poruszenie – nie tylko szumnym tytułem („spadek nawet o 30%”), który przeczy treści samego artykułu – ale ogólnie tezą o tym, że ceny mieszkań będą spadać. To trochę wróżenie z fusów. Być może właśnie teraz jest moment na kupno mieszkania – ciekawą analizę sytuacji można znaleźćw tym artykule.

Zauważmy, że:

Jeśli dzisiejsza średnia cena mieszkania jest mniejsza od tej sprzed roku o około 5%, to warto zwrócić uwagę, że jest to inny produkt. Obecnie w ofercie przeważają mieszkania w odleglejszych lokalizacjach, budowane oszczędniej i można powiedzieć w sumie o nieco niższym standardzie.

Nie ma się z czego cieszyć, ale takie są dziś możliwości nabywców i dość szybko deweloperzy się do tego dostosowali. Sposobem dostosowania się do realnych możliwości rynku jest też zmniejszenie produkcji i to już widać po malejącej liczbie rozpoczynanych budów.

Dla rynku pierwotnego poziomem ograniczającym możliwości obniżki ceny są koszty. Rosnąca inflacja nie pozwala zmniejszyć kosztów robocizny, a rosnące ceny energii, mają znaczący wpływ na koszty budowy.

Nowa regulacja, mająca „chronić nabywców” kreuje nowe, znaczne koszty. Dzisiaj żaden bank nie chce się wypowiedzieć ile będą kosztowały rachunki powiernicze, ale najostrożniejsze prognozy mówią o 5% ceny mieszkania. Ochrona kosztuje zawsze i wszędzie i trzeba będzie to skalkulować w przyszłym roku.

Banki w nowych warunkach będą udzielały kredytów, bo na tym zarabiają i po to gromadzą lokaty. Nowe regulacje skomplikują być może procedury, ale kredyt mieszkaniowy jest zawsze najbezpieczniejszy, najlepiej spłacany i, szczególnie w warunkach zawirowań finansowych, okaże się najbezpieczniejszy, bo najlepiej zabezpieczony.

Czy rynek w nadchodzącym roku ograniczy się? Z pewnością tak, nie będzie to jednak załamanie, lecz raczej stopniowe ograniczenie zarówno popytu jak i nowej oferty. Czy ceny mogą spaść? Mogą, ale raczej dla inwestycji mniej trafionych, których nie bardzo ma kto kupić. Mieszkania poszukiwane, dostosowane do potrzeb nabywców utrzymają swą wartość, zwłaszcza wobec przewidywanego zrównoważenia podaży z popytem.

I na koniec pod rozwagę. Spadek cen nieruchomości, zwłaszcza znaczący nie jest w niczyim interesie. Większość z nas, 9,5 miliona polskich rodzin jest właścicielami mieszkań. Wiele z tych rodzin ma do spłacenia kredyty, które zabezpieczone są mieszkaniami, a w przypadku znacznego spadku wartości zabezpieczenia banki mogą zażądać dodatkowych zabezpieczeń. Tym, którzy chcą kupić mieszkanie na kredyt, będzie je znacznie trudniej zdobyć, jeśli banki przewidując spadek wartości mieszkania zażądają większego wkładu własnego.

W ostatecznym rachunku na spadku cen nieruchomości wszyscy stracimy. Ci którzy mają mieszkania zubożeją, a ci którzy ich nie mają będą musieli zadowolić się mniejszymi lub dłużej na nie czekać. Ta prawidłowość już jest widoczna. Mimo, że ceny oferowanych obecnie mieszkań są o kilka procent niższe niż rok, dwa lata temu, nabywców stać na coraz mniejsze mieszkania i coraz trudniej o kredyt.

Przykłady krajów, gdzie gwałtowny spadek cen mieszkań był główną przyczyną recesji każą nam życzyć sobie raczej stabilizacji cen niż ich załamania. Zamiast więc straszyć absurdalnymi tytułami przeprowadźmy rzetelną analizę i podejdźmy do zagadnienia z rozwagą.

Mimo wszystko nie sądzę, że przyszły rok będzie gorszy od obecnego. Wszyscy uczestnicy rynku – deweloperzy, nabywcy, banki, będą musieli dostosować się do realiów ekonomicznych, a wobec ciągle ogromnych potrzeb, rynek mieszkań będzie miał znaczący udział w utrzymaniu na bezpiecznym poziomie polskiej gospodarki.